MakroRecenzja: Transformers: Ostatni Rycerz (2017)

Michael Bay zrobił to po raz kolejny. Dał nam kolejny film w serii Transformers.
I moja teza, odnośnie tego, że ta seria nie ma szczęścia do liczb parzystych się sprawdza.
Zapraszam was  do zapoznania się z moją opinią/recenzją filmu, który jest piątą odsłoną w serii.

Kiedy piszę ten tekst, jest chwila przed północą. Jestem świeżo po seansie. I wiecie co?
Jestem zadowolony i zrelaksowany. Nie żałuję wydanych 25 złotych na bilet.
Zdradzę wam sekret jak to się stało. Nie oczekiwałem od tego filmu zbyt wiele.
Liczyłem na prostą, popcornową rozrywkę. I dokładnie to otrzymałem (z maleńkim zgrzytem).

„Ostatni Rycerz” jest kontynuacją „Wieku Zagłady”. Powraca tutaj, grany przez Marka Whalberga, Cade Yeager – wynalazca, który czeka aż zatwierdzą mu patenty 😉
Powraca również liczna grupa Transformers’ów, z Bumblebee na czele. Wszyscy z części czwartej, jak i kilka postaci z pierwszej trylogii. Głównie chodzi mi o postać Lennox’a, który ewidentnie rozerwany jest między lojalnością wobec Autobotów, z którymi walczył ramię w ramię, a rozkazami od przełożonych.
Oprócz starych „znajomych” otrzymaliśmy też kilka nowych postaci, które mogą skraść sympatię widzów.

Fabuła do skomplikowanych nie należy. Nie oczekujcie tutaj dramatu w trzech aktach.
Film jest pełen akcji; rozszerza mitologię świata, twierdząc iż Transformery były na Ziemi w roku 480-tym naszej ery (epoka legend arturiańskich).
Jest to ciekawa koncepcja. Całkiem zgrabnie wykorzystana na potrzeby filmu.

Ale… (teraz się chwilę poprzypierdalam – mogą się zdarzyć spoilery).
Czasami odnoszę wrażenie, że ludzie piszący scenariusz znają tylko pobieżnie tło fabularne tego uniwersum.
Chodzi mi o pewien zgrzyt w kwestii postaci Bumblebee. Wg. piątego filmu, był na Ziemi w czasie II wojny światowej i nosił inne imię. W komiksach, które mają uzupełniać pewne luki w historii między częścią pierwszą a drugą, sugerowane jest, że Bee pojawił się na naszej planecie pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku (Camaro z pierwszego filmu było modelem z roku 1977, a sam Bumblebee nosił ślady korozji).
Przymknę oko na to, że sam pomysł scenariusza jest delikatnie wtórny. W każdym filmie coś nowego, straszniejszego niż poprzednim razem, grozi Błękitnej Planecie.
W tej części zgrzytała mi pewna niekonsekwencja względem Cybertronu (rodzimej planety robotów). Jeśli mnie pamięć nie myli, to w części trzeciej, Sentinel Prime próbował sprowadzić Cybertron przez Bramę Kosmiczną i nagłe zamknięcie owej bramy miało poważnie uszkodzić lub wręcz zniszczyć martwy Cybertron.
A tutaj niespodzianka. Cybertron, mimo że zniszczony wojną, to istnieje i jeszcze przechowuje swoją boginię życia, Quintessę.
Ubolewam nad tym, że Dinoboty zostały potraktowane po macoszemu ;(
Ostatni mankament, to Optimus Prime. Jego pełna patosu przemowa mi nie pasowała. Fakt, była zgodna z charakterem postaci, ale była totalnie zbędna i zaburzyła mi dynamikę całego filmu.
Tutaj małe Post Scriptum: pełne zbroje płytowe w czwartym wieku naszej ery bardzo mnie bolały, ale to dlatego, że zaliczyłem epizod rekonstrukcji historycznych. Ten szczegół bawił mnie w ten zły, ironiczny sposób.

Ogólnie, po seansie wyszedłem zadowolony.
Dostałem nieskomplikowaną historię, humor (może nie najwyższych lotów), akcję i wybuchy.
Anthony Hopkins kradł każdą scenę, w której się pojawił. Konkurował tylko z Cogman’em, który był świetnym elementem komicznym.
Pozostałem postacie były w porządku. I tyle mogę o nich powiedzieć. Gra aktorska była ogólnie dobra. Nie doprowadzała do krwawienia z oczu 😉
Były elementy urocze (mini Dinoboty), były elementy zabawne (Hot Rod i jego francuski akcent).
Efekty specjalne i choreografia walk trzymały poziom.
Muzyka też była ok. Na sam koniec usłyszałem znajome nuty motywu z pierwszej części.

Czy jest to film dobry? W pewnych granicach,jakim jest kino Michael’a Bay’a, jak najbardziej tak.
Przy zachowaniu otwartego umysłu, dystansu i luzu.
Fani klasycznych serii animowanych odnajdą smaczki. Transformersowi ortodoksi, raczej ominą ten film szerokim łukiem i będą wieszać psy (opcjonalnie, nazywać to gównem).
Polecam ten film ludziom takim jak ja. Pójść, popatrzeć jak roboty sobie strzelają, coś wybucha. Dla weekendowego relaksu. Opcjonalnie, poczekać aż wyjdzie na DVD/BluRay, bądź innych źródłach 😉

I ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Czy podobnie jak ja, uważacie, że części numerowane parzyście były dużo gorsze, niż te, których liczby nie da się podzielić przez dwa?

Ten wpis został opublikowany w kategorii MakroRecenzja. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „MakroRecenzja: Transformers: Ostatni Rycerz (2017)

  1. Ranalcus pisze:

    Czyli według twoich wyliczeń kolejna część będzie lepsza?

    • Buarey pisze:

      Właśnie w drugą stronę. „Ostatni Rycerz” jako „guilty pleasure” był dobry. A według moich wyliczeń, część Szósta będzie słabiakiem na poziomie „Revange of The Fallen” i „Age of Extinction”. Gdzieś czytałem, że Michael Bay wycofuje się z serii i oddaje stary komuś innemu. Zobaczymy co to będzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.