MakroRecenzja – Iron Man (2008)

Witajcie po świętach, sylwestrach, Nowym Roku i ogólnie urlopowym lenistwie. Jak zdążyliście zauważyć, nas w redakcji też to dopadło. Tak bardzo, że ten tekst pojawia się z tygodniową obsuwą 😉
Dlatego też wypadałoby aby ten tekst był wart waszej uwagi 🙂

Od tego filmu wszystko się zaczęło. Marvel Cinematic Universe zaczął istnieć w roku 2008, kiedy do kin trafiły dwa filmy: Iron Man i The Incredible Hulk. Dzisiejszy tekst poświęcę pierwszemu.

Anthony Edward Stark. Geniusz, miliarder, filantrop i playboy.
Oraz tytułowy Iron Man.
Kto Go dzisiaj nie zna? Czy muszę Go przedstawiać?
Wypadałoby. Więc słów kilka na temat powstania tej postaci.
Tony Stark zadebiutował w marcu 1963 roku w komiksie „Tales of Suspense” (zeszyt nr 39). Twórcami tej postaci byli Stan Lee, Larry Lieber (obaj odpowiedzialni za rys psychologiczny i historię bohatera), zaś projekty wizualne wykonali Don Heck i Jack Kirby.

Przejdźmy teraz do części właściwiej.
Przyznam się szczerze. Lubię ten film. Wręcz bardzo go lubię. Ale nie mogę przejść obok niego bezkrytycznie. Każdy kto go widział, zna wszystkie jego plusy.
Wyśmienita gra aktorska i wybory castingowe. Nie mogli dobrać lepszego aktora do głównej roli. Robert Downey Jr. kradnie każdą scenę w której się pojawia. I swoją grą aktorską oddaje powolną przemianę z egocentrycznego dupka, w człowieka, który ma potencjał by zostać wielkim bohaterem.
Efekty specjalne wciąż zapierają dech w piersi. Tak, od 2008 roku minęło trochę czasu i teraz w niektórych miejscach widać efekty komputerowe. Ale wciąż przyjemnie odbiera się ten film.
Kostiumografia i projekty pancerzy nadały pewnego realizmu. Oglądając to pierwszy raz z okienka projekcyjnego w kinie (akurat miałem przyjemność wyświetlać ten film jeszcze z taśmy filmowej), byłem pod ogromnym wrażeniem. Przez chwilę nawet uwierzyłem, że taki pancerz może istnieć w naszym świecie.
Kolejnym plusem tego filmu jest muzyka autorstwa Ramin’a Djawadi’ego. Ścieżka dźwiękowa jest inna. Nietypowa. Bardzo „mechaniczna”. Mocno oparta na gitarowych riff’ach z orkiestrą symfoniczną wypełniającą tło. Po dziś dzień lubię sobie odpalić „Riding With The Top Down” czy „Mark II”.
Postacie drugoplanowe i główny antagonista. Cóż mogę powiedzieć. Wypełniają swoje role jak należy.
Prawda jest taka, że też nie ma sensu się nad tym rozpisywać aż tak. No dobra, Phil Coluson (grany przez Clark’a Gregg’a) wybija się dość mocno i daje dodatkowy smaczek.

Apropos smaczków. Film jest nafaszerowany „Easter Egg’ami”.
Tarcza Kapitana Ameryki.
Przykrywka Tony’ego Stark’a, że Iron Man to tylko jego ochroniarz.
„Golden Avenger” (ciekawe czy ktoś jeszcze to zauważył oprócz mnie 😀 )
To i wiele innych. Włącznie ze sceną po napisach 😉

Fabuła filmu została zaktualizowana i przystosowana do naszych czasów. Jako, że jest to adaptacja komiksu, zmiany te uważam za dobre. Historia rozpoczyna się na terenie Afganistanu (w komiksie był to Wietnam i związany z tym konflikt).
A dalej? Dalej to już chyba sami wiecie co się działo 😉

Nachwaliłem ten film. Teraz czas na łyżkę dziegciu.
Powinienem wybaczyć i przymknąć oko, ze względu na to iż jest to film komiksowy.
Ale niektóre sceny były po prostu niedorzeczne.
Tony Stark powinien zginąć siedząc w Hummvie. Ułożenie i ilość dziur po kulach sugerują, że z głównego bohatera powinny zostać tylko kotlety mielone.
Lądowanie na pustyni w pancerzu Mark I. Lądowanie… raczej wbijanie się w piasek, powinno się zakończyć poważniejszymi urazami, niż stłuczenia i otarcia.
Podobnie pierwsze testy repulsorów (Tony uderzający całym ciałem w ściankę i spadający z wysokości ponad dwóch metrów).
Złamania, zmiażdżenia, pęknięcia, krwotoki wewnętrzne.
Jeśli nie śmierć na miejscu.
Tak samo szkło, które sypało się na głowę Pepper (scena przy reaktorze łukowym – ostatnia walka) i nic Jej nie zrobiło.
W naszym świecie miałaby niezłą ilość zadrapań. Jeśli nie skończyłoby się to przecięciem którejś ważnej tętnicy.

Wymieniać mógłbym jeszcze godzinami. Ale wypadałoby ogólnie podsumować całość.
Iron Man to świetny film dla fanów komiksów i nie tylko. Sporo wartkiej akcji, wyważony humor, wysokiej klasy gra aktorska.
Świetne, wakacyjne kino popcornowe.
Ma kilka niedociągnięć i błędów logicznych, ale nie ma filmu doskonałego 😉 Prócz tego, jest to pierwszy film, od którego zaczęło się szaleństwo na filmy sygnowane logiem Marvel’a.
Tak, tak. Wiem, że przed Iron Man’em były jeszcze inne filmy. O nich również napiszę. Ale tamtą część zrecenzuję, kiedy skończę z MCU.

Za efekty specjalne, grę aktorską, muzykę daję temu filmowi 5 na 6 Wypadkowych Uśmieszków.
Zabrałem jeden punkt za błędy logiczne.

A wam? Jak podobał się Iron Man?
Jakie są wasze wrażenia i opinie na ten temat?
A w przyszłym tygodniu: „The Incredible Hulk”

Ten wpis został opublikowany w kategorii MakroRecenzja. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „MakroRecenzja – Iron Man (2008)

  1. szary pisze:

    obejrzałem chyba dwie części i powiem że nawet nawet.w porównaniu z Pacific Rim to dobrze im to nawet wyszło 🙂

    • Buarey pisze:

      Pacific Rim jest dosyć specyficznym filmem niepowiązanym z uniwersum Marvel’a. O nim może też kiedyś napiszę 😉
      Gdzie Pacific Rim nie był najgorszym filmem. Ja tam lubie wielkie roboty tłukące wielkie potwory po ryjach 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.