Bananowy Strumień Świadomości

Przypadki chodzą po ludziach, a i owszem. I właśnie w ten oto, trochę przypadkowy sposób, powstał ten tekst. Buarey już długo, długo namawiał mnie na pisanie dla Wypadkowej, ale ciągle tak się składało, że miałam za dużo rzeczy na głowie. Dwa kierunki+ licencjat na jednym z nich to nie lada wyzwanie. Ale nadszedł dzień, w którym to Buarey na fanpejdżu Wypadkowej udostępnił zdjęcie banana. Pewnie zapytacie co takiego niesamowitego może być w zwykłym, żółciutkim bananie, że zainspirował on wiecznie zabieganą Maggie do napisania tego oto tekstu. No właśnie… Cóż to takiego mogło być. Naklejka. Zwykła, prosta, wszystkim doskonale znana naklejka Chiquity. Z MINIONKIEM. Naklejka Chiquity z wizerunkiem pięknego, idealnie minionkowatego Dave’a trzymającego w swojej żółtej łapce miśka. Jest tak cudowna, tak urocza, tak idealna, że aż trzeba ją zobaczyć!

1

Po zobaczeniu tego ósmego cudu świata za punkt honoru postawiłam sobie znaleźć w Łodzi (bo jak to tak, w Mrzeżynie są minionkowe banany, a w Łodzi nie? :<) banana z taką samą naklejeczką. A Buarey wyzwał mnie do napisania o poszukiwaniach. I tak oto skończyłam pisząc, chwilowo gościnnie, swój pierwszy tekst na Wypadkową. Czy będzie z tego morał? Nie wiem. Wiem tylko, że jeśli zawitam tu na stałe to możecie spodziewać się więcej tekstów inspirowanych przypadkiem, publikowanych zapewne o najróżniejszych porach w najróżniejsze dni, ale jedno będzie je łączyło. Trochę pokrętny, trochę zawiły, ale przede wszystkim MÓJ styl pisania. Bo tak.

Przechodząc do meritum. dnia 15.06.2015, mając w końcu chwilę wolnego czasu pomiędzy kolejnymi egzaminami i zaliczeniami ruszyłam na poszukiwania minionkowej naklejki. Zaczęłam je mało ambitnie, od wyjścia na wrotki, które dziś w końcu przyszły do mnie w przepięknej, kolorowej paczce (coś na Wypadkowej zabrakło damskiej pisaniny i zachwycania się pięknem barw otaczającego nas świata więc macie, nadrabiam). Jako że na wrotkach jeździłam po raz pierwszy w życiu, a na rolkach byłam ostatnio ponad rok temu, moja prawie godzinna jazda skończyła się lądowaniem na tyłku, które odczuwam do tej pory. Okazało się, że mechanika jazdy na wrotkach jednak w znacznym stopniu różni się od tej na rolkach. No i ten stopper z przodu zamiast z tyłu… 😀 Aczkolwiek polecam wrotki całym sercem. Super zabawa, a i wyglądają ładniej niż rolki (przynajmniej ja to tak odbieram). Wracając do sedna. Zamiast iść na poszukiwania cudownej naklejki, godzinę poświęciłam na jazdę na wrotkach. I tym sposobem zamknięto mi wszystkie ryneczkowe, małe sklepiki, w których liczyłam znaleźć banana z minionkową naklejką. Tym sposobem, o godzinie 19 wylądowałam w Biedronce. I znalazłam banany Chiquity. Ale bez minionkowych znaczków :C Zrobiło mi się żal, bo byłam prawie pewna, że akurat w Biedrze znajdę te cudownie obklejone owoce, jako że to ten market jako pierwszy wprowadził minionkowe Tic Taci. No ale cóż. Dziś się nie udało. Ale jutro też jest dzień, może gdzieś dorwę minionowego banana.

A teraz do czegoś Wam się przyznam. Poszukiwania minionkowego banana wcale nie miały na celu efektów czysto wizulano-estetycznych. Naklejka bowiem idealnie pasowałaby, gdyby udało mi się ją znaleźć, do mojej kolekcji owocowych naklejek w niejakim Wreck This Journal (o tym kiedy indziej, być może).

2

Także tego. Jak się okazuje, nie miałam czysto altruistycznych pobudek. Tekst ten nie powstał tylko po to, aby wylądować na Wypadkowej. No bo przecież sami widzicie, jak pięknie minionkowa naklejka wkomponowałaby się w otoczenie. Prawda?

Abstrahując od samego banana i bohaterki-naklejki. Może to wcale nie przypadek. Może po prostu stęskniłam się za pisaniem ot tak, dla przyjemności? Bo ostatnio wszystko co wychodziło spod mojej ręki było głównie pracą licencjacką lub tekstami na hiszpański czy francuski. Prawdopodobnie stęskniłam się również za pisaniem po polsku. Prawda jest taka, że nie było to jedynie kwestią braku czasu, ale również ochoty. Nie miałam pomysłu na to, co chcę napisać. Ale jak się okazało, coś tak małego jak zdjęcie na fanpejdżu Wypadkowej, zapaliło we mnie tę potrzebę. Płynie z tego jeden morał: inspiracji i natchnienia można szukać wszędzie i wszędzie można je znaleźć. Pozostaje tylko przekuć je na coś, co będzie bardziej fizyczne niż myśli w głowie. Jednak prawdą jest również to, że nie wiem, na jak długo wystarczy mi natchnienia. Mam nadzieję, że na akurat na tyle, żeby się z Wami bliżej zapoznać, ale też zapoznać Was ze sobą. I moim, czasem pokręconymi, a czasem bardzo spokojnymi i ułożonymi, myślami.

Komentujcie, dzielcie się (tylko, jeśli się podoba! :D) i do napisania.

Wasza etatowa Maggie! <3

PS. Dziś był taki oto strumień świadomości. Następnym razem… A kto to może wiedzieć.

PS2. Jest cała kolekcja tych naklejek. O poranku na fejsie dostałam takie oto zdjęcie:

3

 

Może w końcu je znajdę gdzieś?…

Ten wpis został opublikowany w kategorii One Shot. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.